Wówczas wielu zachwieje się w wierze; będą się wzajemnie wydawać i jedni drugich nienawidzić. (Mt 24,10)

Zaczynamy rozumieć mechanizm, który odda Antychrystowi władzę nad światem. Z pewnością nie miałoby to szans wydarzyć się, gdyby wiara w ludziach nie umarła. Ludzie myśleli, że wierzą. Jeszcze ci, którzy ze Mszy Świętej w tym trudnym czasie nie zrezygnowali, przesieją się w przyszłych wydarzeniach. Ilu zostanie do końca przy Najświętszym Sakramencie, nie wiadomo. Nie wiadomo bowiem, jakim jeszcze próbom będzie poddawana wiara tych, którzy nie dali się wystraszyć, i nie zrezygnowali z Mszy Świętej z powodu coraz bardziej ostrych przepisów. Ilu stoi na zewnątrz kościołów i tam czeka, aż będzie można przyjąć Eucharystię? Ilu ludziom jeszcze zwyczajnie zależy?

Gdyby wiara w narodach była prawdziwa, nie przestraszyliby się wirusa aż tak, by opuścić kościoły. Wiara wymagałaby od nich mocniejszego przylgnięcia do świata duchowego, do Boga. Wpatrywaliby się w Najświętszy Sakrament z tym większą miłością i zaufaniem, może błagając o litość, rzewnie prosząc o ocalenie… jednak najszybciej opuścili kościoły. Większości z nich wcale nie zastanawia proporcja ograniczeń w środkach komunikacji, sklepach, i kościołach. Gdyby wszystko było naturalne, wynikało z prawdziwej troski o zdrowie ludzkie, nie zamykano by kościołów przede wszystkim. Wręcz czasem pojedynczy biskup wyraża wątpliwość wobec wydanego przez siebie nakazu zamknięcia kościołów, stwierdzając, że meczety są otwarte, synagogi także, tylko kościoły katolickie okazały się warte, żeby je wyeliminować albo bardzo radykalnie ograniczyć dostęp do nich wiernym.

Dlaczego to nikogo prawie nie dziwi. Jeśli jednak dziwi i oburza, to traktowane jest jedynie jako błąd systemu, jako nadużycie nie mające jakiegoś globalnego kontekstu. Ale globalny kontekst jest. Na całym świecie, w całej Europie dzieje się to samo. Tam, gdzie są kościoły, są zamykane. Nie jest to błąd. Nie jest to wypadek przy pracy ani polskiego rządu ani polskiego Episkopatu. Jest to znak powtarzający się wszędzie. Zadziwia tylko, jak niewielu ludzi to widzi.

Nas zadziwia ów kontekst. Różni ludzie uspokajająco mówią o różnorakich prześladowaniach chrześcijan, niemożności świętowania za komuny, na wygnaniu, na Syberii, w czasie wojny. Jednakże nie obejmowało to całego globu. Dzisiaj widzimy, jak w skali świata prawie w jednej chwili radykalnie eliminuje się ludziom dostęp do sakramentów. Tylko od pomysłowości i odpowiedzialności indywidualnych kapłanów zależy, czy wiernych nakarmią Chlebem Życia, czy nie. Systemowo odcina się ludzi od Mszy Świętych i sakramentów.

Widzimy także przeprowadzony przedtem przynajmniej w Polsce, test. W innych krajach nie bawiono się w ten sposób, bo wiernych było i tak niewielu. W Polsce liczono się z wielką wrzawą. Ona nie nastąpiła. Ograniczenie do pięćdziesięciu osób na Mszy Świętej, odbieramy jako testowanie, co ludzie zrobią. Do supermarketów bowiem wówczas wchodziło o wiele więcej ludzi na raz. Katolicy test oblali. Uciekli. Z wiernych pozostało tylko kilkunastu albo wręcz kilku. Gdyby ludzie nie zrezygnowali z Boga, nie byłoby możliwości im odebrać liturgii. Gdyby rządy zobaczyły dziesiątki ludzi ustawiające się w odpowiednich odległościach w kościele i wokół niego, nikt być może nie miałby śmiałości zadekretować, że do kościoła może wejść tylko pięć osób. A jednak … okazało się, że katolikom po prostu na Bogu nie zależy. Więc zrobiono następny ruch. Zamknięto kościoły prawie całkiem. Pięć osób to kpina. Każdy supermarket na raz przyjmuje o wiele więcej klientów, nawet najmniejszy. Kościoły to cel koronawirusa. Pierwszorzędny.

Gdy rozmawia się z pobożnymi ludźmi, których wiara rzucała się w oczy, nie opuszczali Mszy niedzielnej, widać w nich całkowite „zrozumienie” sytuacji. Kazano przyjmować Komunię na rękę? Osoby te pomaszerowały na zachętę księży uczynić zadość ich chęciom i sprofanować Boga, zanim kościoły całkiem zostaną zamknięte.
Ludzie do sklepu muszą pójść, uznają ostatecznie liturgię za coś niekoniecznego. Okazało się, że większa część pobożnych katolików, z pierwszych ławek, to doskonali konsumenci. W momencie wyboru jeszcze nie do końca radykalnego, pomiędzy życiem fizycznym a duchowym, bez wahania wybrali fizyczne. Właściwie pomiędzy jakimś wówczas nieokreślonym zagrożeniem życia a życiem duchowym, życie duchowe przegrało.

Wyobraźmy sobie taką sytuację.

Jeśliby pojawił się dzisiaj apokaliptyczny Antychryst i za przyjęcie znamienia swojej władzy na ciało, pozwolił wieść życie syte i bezpieczne, ale bez Boga, czy ludzie, którzy opuścili ze strachu przed wirusem kościoły, zawahaliby się?

Ani minuty.

Co więcej, tych, którzy nie podporządkowaliby się władzy eliminującej wiarę za zdrowie ciała, egzystencjalny spokój, sytość i stabilizację, uważaliby za pariasów, wariatów. Gdyby był wybór – albo cyfrowy podpis na ciele, i zdrowie, oraz materialne bezpieczeństwo, albo Bóg i śmierć głodowa, któż nie uznałby za wariata kogoś, kto się z propozycji władzy wyłamie?

Globalne, nachalne i nieuzasadnione zamykanie kościołów katolickich wprowadza nas na trop takich myśli. Również aresztowanie całych społeczeństw, i zapowiedź, że stan ten może trwać bez końca albo do … zaszczepienia, daje nam do myślenia. Już teraz odcięcie ludzi od źródła duchowego życia, i wielotygodniowe zamknięcie w domach przywołuje na myśl zapowiedź prorocką zwaną wielkim uciskiem, jakiego świat nie widział. Bowiem naprawdę, świat nie widział, aby całe kontynenty były tak zaszantażowane, że ludzie boją się wyjść z dziećmi na spacer, z żoną czy mężem do lasu, czy w piękne wiosenne dni pospacerować nad rzeką, w święta spotkać się z rodzinami. Dla niektórych eliminacja liturgii jest morderstwem ich duszy. Dla niektórych zakaz wychodzenia z domu jest morderstwem i na duszy i na ciele. Tak zorganizowanego zniewolenia duchowego i cielesnego świat jak dotąd naprawdę nie widział.
Koronawirus nie minie szybko, a dla tych, którzy nie będą chcieli się zaszczepić i stać się nosicielami elektronicznych sterowników czy identyfikatorów, może nie skończyć się nigdy. Z czasem ta prawda wyłania się z wypowiedzi rządzących i ministrów. I widzimy tutaj jedną ważną rzecz. Koronawirus będzie używany do tego, żeby osłabić duchowo ludzi, żeby ich zmęczyć kwarantanną, sprawić, że będą mieli dość więzienia i umęczonym zaproponuje się uwolnienie. Pod warunkiem, że pozwolą sobie wycisnąć na ciele, czy w ciele znak tego systemu, który ich zniewolił. Oddadzą rząd nad swoim życiem temu, kto ich zamknął w domach, kto się nad nimi przez długie tygodnie czy miesiące kwarantanny znęcał. Kto ich zastraszył. Kto się znęcał nad ich rodzinami, nad ich dziećmi, pod pozorami zagrożenia chorobą zamykając im dostęp do źródła duchowego życia i równocześnie trzymając fizycznie jak króliki w klatkach, bez możliwości rozprostowania ciała i duszy na uzdrawiających spacerach na łonie natury, co człowieka i regeneruje, i uzdrawia psychicznie, i przywraca odczuwanie realne siebie jako bożego stworzenia, pomaga wrócić do rzeczywistości.

Odcięcie całym miastom możliwości wyjazdu do lasu, nad rzekę, jest stworzeniem ludziom dusznej klatki, matrixa, w którym chińska tortura lękiem, terrorem, nadzorem policyjnym i elektronicznym odbiera rozum i duszę. Tak zniszczonym i upokorzonym ludziom ukaże się możliwość wyjścia z matni – szczepionkę, która ma zwrócić im wolność. Demoniczna intryga, której ludzie w wielkiej masie nie odrzucą. Intryga, której nawet nie są w stanie zauważyć. Co więcej, rozsądni i normalni ludzie, poddający się torturom z przekonaniem, że tak trzeba, tych, którzy się wyłamią będą uważać za potencjalnego mordercę, nosiciela zabójczej choroby.
Niewielu przyjdzie do głowy, że przecież niejedną chorobę ludzkość przeżyła i nikt nie potrzebował poddawać się żadnym zabiegom znakowania, identyfikowania, monitorowania.

Już teraz na człowieka, który mówi o absurdzie zniewolenia ludzie patrzą jak na wariata. Już z mądrą miną, panie i panowie po stanowiskach, w służbie zdrowia, inspekcji sanitarnej bezlitośnie stwierdzają, że przecież każdy musi to wytrzymać, że jest taka konieczność. Że ludzie w miastach, którzy mają do dyspozycji tylko balkon, muszą się poddać ograniczeniom, przecież nie tylko oni cierpią, każdy musi się zastosować… Dla kogoś, kto nie neguje, że wirus istnieje, ale wie, że jest on przede wszystkim środkiem zniewolenia i odebrania duszy, takie wypowiedzi brzmią koszmarnie. Zastanawiamy się nad kondycją ludzi, którzy tak lekko rezygnują z wolności, z wiary w Boga, jakby nie było czego żałować, jakby nie było o czym dyskutować.

Słowa, że każdy musi się podporządkować, mówią nam więcej, niż dana osoba chce powiedzieć. I nie jest to tylko krótkie zdanie na tę chwilę, która mija. Ono wyznacza drogę całej ludzkości, i już teraz mówi nam, że kiedy przyjdzie wybierać między władzą ziemską, choćby samym szatanem, a życiem ducha, nie będzie wielu sprzymierzeńców. Że ci, którzy pozostaną wierni swojemu sumieniu będą dla dobra społeczeństwa eliminowani, a nikt nad ich nędzą, biedą, eliminacją ze społeczeństwa nie będzie się litował. Będą uważani za psychicznie chorych, nieodpowiedzialnych, którym z uwagi na zagrożenie, które niosą – np. koronawirus – nie należą się żadne prawa obywatelskie, możliwość wejścia do sklepu czy przebywania wśród normalnych ludzi.

Już teraz mamy przedsmak wielkiego ucisku, którego świat nie widział dotąd, i nawet nie bardzo jest z kim o tym porozmawiać, bo ludzie są przekonani, że odbieranie im wolności, odbieranie im kultu katolickiego, odbieranie im możliwości Komunii Świętej, to konieczność dla ich dobra. Ich ograniczona wyobraźnia nie przewiduje, że świat się zmienia, i ktoś pod kłamstwem dbania o ich życie już teraz kradnie im to, co nadaje sens ludzkiemu życiu.

Gdyby wiara ludzi była prawdziwa, nie zamykano by nam kościołów. Dziś jednak nabożeństwo do władzy i obojętność dla sprawiedliwości pozwoliło zamknąć przybytki Bożej Obecności.  To zaś przyzwoli w konsekwencji na przejęcie władzy nad światem komuś, kogo Objawienie Św. Jana nazywa Antychrystem. I czy to będzie za chwilę, czy za wiele lat, szatan sprawdził, jak nam na Bogu zależy.

Wnioski wyciągnijmy sami. A kto rozumie, cośmy napisali, niech wraz z nami się modli, abyśmy swego życia duchowego nie zaprzedali. Bo samotność wierzących pośród katolickiej Polski będzie się pogłębiać aż do momentu, kiedy staną się wstrętni dla każdego czcigodnego, uznanego, szanowanego i liczącego się człowieka. Jeszcze wczoraj bohaterscy kapłani gdzieniegdzie jechali ulicami święcąc pokarmy. Jeszcze wczoraj niejednemu twardemu mężczyźnie łza się zakręciła w oku na ten widok, ale nie w samym zwyczaju leży moc religii. Piękne zwyczaje podnoszą godność i miłość religii, dlatego tak bardzo walczyło się przez dziesięciolecia z polskim obyczajem klękania do Komunii Świętej. Dobre jest przywiązanie do obyczaju i tradycji, ale od zwyczaju do zachowania wiary w obliczu skrajnej walki, w obliczu wyboru pomiędzy chlebem a Bogiem, droga może okazać się daleka.

Patrząc na Krzyż, widzieliśmy jednak, że Chrystus  nie potrzebował uczniów, by zwyciężyć. Wierna, nie zatruta jadem szatana Matka wytrwała, i jeden z dwunastu przyszedł pod Krzyż. Może dwie, trzy osoby jeszcze? Na cały świat – tylko oni. Samotność Chrystusa pośród kpin i niezrozumienia, traktowanie Go jak pospolitego złoczyńcy, prozaicznego zbrodniarza jakich wielu, zagłuszyło nieskończony wymiar duchowy. Tak w naszym życiu pył prozaicznych, powszednich interesów, ekonomii i życiowego zabiegania o byt sprawi mękę wierzących niezauważoną i niezrozumiałą dla świata. Sami siebie mogą zrozumieć tylko w trwaniu pod Krzyżem, gdy świat będzie im urągał. Już człowiek patrzy na człowieka jak na potencjalne źródło zarazy, i odsuwa się ze wstrętem i obawą. To się zaczyna… […]

Żródło: swietatradycja.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

https://www.ukmeds.co.uk/naproxen