Spotwarzona przeszłość – partyzantka żydowska

Walka partyzancka na terenach Polski miała głębokie tradycje narodowe. Polacy wiele razy w przeszłości zmuszeni byli prowadzić wojnę partyzancką. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że nawet byli pewnego rodzaju specjalistami i mogli pochwalić się dużymi osiągnięciami na tym polu.

Jest to jeden z najtrudniejszych sposobów walki. Sięgać zatem do niego można i należy tylko i wyłącznie w sytuacjach absolutnie usprawiedliwiających takie, a nie inne rozwiązania.

Utrzymywanie walczących oddziałów leśnych z ich bazami to ogromne obciążenie dla ludności cywilnej, bez której kooperacji ich przetrwanie jest zupełnie niemożliwe. Wiedzieli o tym dowódcy Sił Zbrojnych Podziemnego Państwa Polskiego. Dlatego też decyzje o skierowaniu do oddziałów leśnych podejmowano po uprzednim dokładnym rozeznaniu sprawy i uznaniu, że nie ma innego wyjścia. Do oddziałów leśnych kierowano przede wszystkim młodzież z Ruchu Oporu, która została „spalona” i nie miała żadnej możliwości powtórnej legalizacji.

Pojawienie się na jakimś terenie zorganizowanych grup leśnych natychmiast wywoływało reakcję władz okupacyjnych, które niezwłocznie podejmowały próbę likwidacji takowych. Nie trzeba tu nikogo przekonywać, że najbardziej zagrożona w takich sytuacjach była ludność cywilna. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z jej roli, zatem stawała się ona pierwszym celem ich zabiegów dążących do likwidacji grup. Próbowano też wśród niej werbować płatnych informatorów, informatorów szantażowanych i więzionych, próbowano represji różnego kalibru, a często wręcz fizycznego odwetu.

Po wsiach i osadach wałęsało się stale pełno nieznanych i podejrzanych osobników. Nie brakowało wśród nich Żydów, ani Polaków, płatnych agentów Gestapo. Ich zadaniem było rozpracowywanie partyzantki – jej kontaktów, ludzi jej przychylnych. Powodowało to dodatkową trudność, nie zawsze było można udowodnić kto jest kim. W przypadkach udowodnienia szpiegostwa, karano śmiercią. Takie są prawa wojny. Nie możemy też zapominać, że bezpośredni ciężar utrzymania tych zbrojnych grup spoczywał na tej samej ludności. Ponieważ Niemcy w takich przypadkach profilaktycznie oczyszczali cały teren z nadwyżek żywności, możemy sobie łatwo wyobrazić, jak przyjmowała rekwizycje ludność, zwłaszcza rekwizycje bez żadnego finansowego zadośćuczynienia – niezależnie do tego, kto jej dokonywał.

Ten krótki rys uświadamia nam jak wrażliwym przedsięwzięciem było działanie grup zbrojnych w lasach. Jak uważnie i odpowiedzialnie musiało zachowywać się dowództwo, aby nie naruszyć delikatnej równowagi w tak zapalnej sytuacji. Owszem, można było liczyć na patriotyzm miejscowej ludności, na ich identyfikację z walczącymi, ale nie zapominajmy, że wszystko ma swoje granice.

Ludność rolnicza musiała oddać horrendalne wymiary obowiązkowych dostaw w naturze, wymagane prawem okupacyjnych władz niemieckich; to, co jej zostawało, było po prostu niezbędnym do przeżycia minimum, dla całych rodzin. Dlatego też większość akcji polskich partyzantów skierowana była na zdobycie prowiantu i zaopatrzenia bezpośrednio w instytucjach i majątkach ziemskich podległych Niemcom. Dokonywano napadów na kasy gminne i banki, pozyskując środki na zapłatę za zaopatrzenie. Do rekwizycji chłopskich sięgano tylko w sytuacjach bezpośredniego przymusu i braku jakiejkolwiek innej możliwości, zawsze zostawiając pokwitowanie dające poszkodowanym nadzieję na wyrównanie krzywdy. W miarę możliwości żywność kupowano, a nie rabowano. To różniło partyzantów od zwykłych band kryminalnych.

Nie zawracali sobie głowy takimi drobnostkami partyzanci sowieccy, jak i współpracujący z nimi Żydzi. Powodowało to od samego początku wiele nieporozumień i niesnasek pomiędzy Żydami i przywództwem polskiego podziemia. Wielokrotnie zwracano się z Londynu do podległych Sił Zbrojnych w Polsce z rozkazami pomocy Żydom, i wielokrotnie nadchodziły z Polski wyjaśnienia o niemożliwości takowej akcji, z podaniem całego szeregu powodów. Wsród tych przyczyn nie było nigdy wymienionego… antysemityzmu.

Natomiast badając źródła żydowskie, antysemityzm występuje jako jeden, jedyny i najważniejszy ich zdaniem powód, dla którego partyzantka żydowska w polskich lasach spotykała się z takim wrogim do niej stosunkiem ludności miejscowej.

Od pierwszych chwil młodzi ludzie związani z żydowską konspiracją szukali możliwości przeżycia okupacji w najbardziej bezpieczny sposób. Od chwili rozruchu gigantycznej akcji wysiedlenia gett wiadomym było, że getto to ostatnie miejsce, w którym można będzie przeżyć. Z nadzieją zatem patrzono w lasy, w których wydawało się Żydom, można będzie bezpiecznie przeżyć wojnę. Od razu też monitowano polskie władze o stworzenie baz leśnych, o wydanie broni i o zorganizowanie partyzantki żydowskiej. Żądania te stawiano w czasie, gdy jeszcze w ogóle nie istniały jakiekolwiek polskie bazy leśne, a istniejące grupy dywersyjne w lasach koczowały na krótkich biwakach i w czasie prowadzenia ćwiczen. Potwierdzają to sami Żydzi, którzy szukając baz leśnych nie znaleźli „ani partyzantów, ani baz, ani nic”. Władze polskie przepojone duchem antysemityzmu pozostawały głuche na wezwania i żądania młodych żydowskich bojowców. Zmuszeni zostali sami zadbać o siebie. A hańba za to spada na Armię Krajową i na cały polski naród…

Podczas procesu Eichmanna w zagrodzie dla świadków stanął… legendarny bohater, partyzant z getta wileńskiego, poeta Holokaustu Abba Kovner. Jak przystało na poetę, salę sądową wypełnił szlochem obecnych, skarcił parokrotnie sędziów, którzy starali się mu przypomnieć, że to sala sądowa a nie scena…Zupełnie inaczej przedstawia go Chaim Lazar w swej książce „Destruction and Rebelion” („Zagłada i Powstanie”). Oto Abba Kovner sam mianuje się dowódcą oddziału zbrojnego Hashomer Hatzair, gromadzi broń, szkoli ludzi, przygotowuje się do walki. Ale w dziwny sposób nigdy nie wykorzystuje tych sił do walki w getcie, do obrony Żydów. Zamiast tego wchodzi w układy z przewodniczącym Judenratu Wilna Gansem i szefem policji żydowskiej Desslerem. Zawierają między sobą umowę: oni nie przeszkadzają jemu i nie ruszają jego ludzi, on nie miesza się do ich spraw. Gdy przyjdzie moment końcowy, pozwolą im opuścić getto. Wszyscy trzej zgadzają się z punktem widzenia dra Weizmana i Nathana Shwalba z Żydowskiej Agencji w Szwajcarii. Czyli zgadzają się poświęcić starszych na rzecz ochrony i zachowania młodzieży. Dessler, szef policji żydowskiej, pisze w swym pamiętniku:

Ci, co zostali deportowani, zostali wyselekcjonowani przez moją policję, bo chciałem oszczędzić młodych i inteligencję, którzy są naszą przyszłością. Gans, szef Getta Wileńskiego, którego żoną była chrześcijańska Litwinka zawiadomił go, że zabrano 400 starszych ludzi z miejscowości Vismini i przekazano ich Niemcom. Kiedy Weiss (Gestapo) przyszedł i zażądał kobiet i dzieci, ja powiedziałem mu, aby wzięli starszych, bo oni nam wybaczą, bo nie mamy wyboru, a tylko i wyłącznie poświęcić ich na ołtarzu naszej przyszłości.

Kiedy nastapiła chwila likwidacji, partyzanci przygotowywali się do opuszczenia getta. Artykuł 22 ich własnej Konstytucji przewidywał, że w obliczu likwidacji getta partyzanci podejmą walkę. Otworzą drogę z getta i pozwolą Żydom decydującym się na to na ucieczkę w lasy. Tam będą prowadzić dalszą walkę.

O wyjściu z getta powiadomiono tylko nielicznych członków oddziału Kovnera, nakazano im zachowanie ścisłej tajemnicy. Ale jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, informacja rozeszła się lotem błyskawicy. Za każdą grupką bojowców opuszczających getto biegły całe tłumy ludzi, zwykłych Żydów, młodych, silnych, gotowych do walki; prosili Kovnera, aby pozwolił im iść. Odpędzano ich z pistoletami w dłoniach. Nielicznym udało się przemknąć i opuścić getto. Właśnie oni odegrali później największą rolę w partyzantce. W rzeczywistości getto opuściło zaledwie 50 bojowców. Urządzili oni w lesie bazę partyzancką. Wiedzieli o tym Żydzi, którzy na własną rękę opuścili getto i szukali schronienia. Jak opiekowali się nimi ich żołnierze syjoniści, pozwólmy opowiedzieć świadkowi: „Do lasu weszły dwie kobiety, jedna przyprowadziła syna i córkę. Tułały się po drogach przez wiele tygodni, bo dowiedziały się, że w lasach są żydowscy partyzanci. Liczyły, że zmiłują się nad ich losem i przygarną. Tygodnie koczowały na skraju lasu trzęsąc się w łachmanach z głodu i zimna, ale dowództwo nie miało nad nimi litości. Wiele razy odpędzano je, strasząc zastrzeleniem. Wiele razy polecano to bojowcom, lecz ci na szczęście nie zrobili tego, a nawet pomagali im jakoś, byle nie dowiedzieli się o tym dowódcy”.
„…do obozu doszła grupa Żydów z Ishishuk (Ejszyszek?). Byli przechowywani przez chłopów, ale zrobiło się już tak niebezpiecznie, że nie mogli tam zostać ani chwili dłużej. Oczywiście dowódca odmówił, wiedząc dokładnie, że oznacza to pewny wyrok śmierci dla tych ludzi. Tułali się potem przez wiele tygodni na obrzeżach obozu, aż zostali przejęci przez partyzantów sowieckich. Wtedy też i Kovner zabrał paru…”

Oto zaledwie garść wspomnień naocznych świadków bohaterskich wyczynów bojowców. W krótkim czasie „akcje bojowe” żydowskich partyzantów dały się mocno we znaki miejscowej ludności. Terroryzując bronią dokonywali rekwizycji żywności w sposób, który przypominał raczej zwykły bandycki rozbój niż akcję wojskową. Akcja taka wyglądała mniej więcej tak: „Ja byłem jednym z dziesięciu, wysłanych na akcję ekonomiczną. Została na nią wybrana polska wieś koło Hoduciszek. Przybywszy do niej wystawiliśmy patrol ochronny i zażądaliśmy od czterech chłopów, aby zaprzęgli konie do swoich wozów. Potem szliśmy od chałupy do chałupy, zabierając worki z ziemniakami, mąką i mięso. Wzięliśmy również dwie krowy. Po załadowaniu naszej zdobyczy na wozy i przywiązaniu do nich krów zaczęliśmy odwrót do naszej bazy. Gdyśmy przybyli do rzeki niedaleko niej, zostawiliśmy chłopów na brzegu, a sami pojechaliśmy dalej. Po wyładowaniu zapasów, powróciliśmy do czekających na nas chłopów i odesłaliśmy ich do domu z pustymi wozami.”
Sam autor musiał widocznie dojść do wniosku, że coś z tymi akcjami było nie tak, skoro dalej pisze:

…Tym razem trzydziestu z nas poszło na ekonomiczną akcję, na którą wybraliśmy litewską wieś oddaloną o 25 km od nas. Bo do tego czasu nie pozostało już nic do zabierania ze wsi położonych bliżej nas, które zostały stopniowo ogołocone z zapasów żywności i bydła przez naszych partyzantów. I zdobywanie prowiantu stawało się coraz trudniejsze, prowadząc coraz częściej do walki.

Nie wiem, czy wychowani w miastach bojowcy żydowscy do dnia dzisiejszego zdołali dowiedzieć się, co złego robili? Idę o zakład, że na pewno nie. Dlatego też z uporem maniaków historycy żydowscy usprawiedliwiają ich „akcje ekonomiczne”, bo przecież ich ludzie musieli jeść. Tak, ale tylko człowiek z miasta patrzy na krowę jak na mięso. Dużo mięsa. Chłop natomiast na krowę patrzy jak na żywicielkę, dostarczycielkę mleka, śmietany, masła i sera. Krowa traktowana jest jak członek rodziny. Jest dumą rodziny. Wyobraźnia bojowców nie sięgała tak daleko. Czy ktokolwiek potrafi zrozumieć chłopa, któremu zabiera się ostatnią krowę? Chyba tylko ten, co sam pasł krowy i wie, że każda z nich miała swoje imię, swój własny charakter, była członkiem rodziny, od którego zależał jej los. Krowa w domu to nadzieja, że nie będzie głodu. Chłopi karmili się lebiodą, puchli z głodu i czekali cierpliwie na wycielenie, dzieląc cenne mleko pół na pół pomiędzy swoje dzieci i cielaczka. Czy ktoś widział, jak rodzina leczy krowę, jak głaszcze mokry pysk, jak mówi do niej? Czy ktoś widział, jak chłopska rodzina płacze za krową? Jeżeli tak, to wie o co chodzi… To rozumie i czuje to, co czuli rabowani chłopi… Szkoda, że nikt nigdy o tym nie mówił – bo czy to jest wstydliwy temat? Czy można wstydzić się swego sposobu życia?

Jeżeli ktokolwiek potrafi to zrozumieć, ze zdziwieniem odkryje jak ogromnie chłopi, Polacy musieli nienawidzić Niemców, że ich natychmiast nie powiadamiali o aktach rozboju ze strony żydowskiej partyzantki i nie naprowadzali na miejsca postojów. Że nie mordowali ich z zimną krwią. Proszę nie zapominać, że nie ma gorszej zbrodni dla chłopów niż kradzież bydła, a zwłaszcza ostatniej sztuki. Bo zabranie ostatniej krowy to wyrok śmierci na całą rodzinę. Od stuleci wiadomo było jak na wsi karze się takich złodziei. Z takimi nikt nie bawił się w sądy. Siekierą w łeb i do dołu. Prymitywna – ktoś powie – barbarzyńska, prymitywnie pierwotna sprawiedliwość. Tak. Oczywiście, że tak. To prawda, bo takie jest święte, naturalne prawo do samoobrony. Stąd ta nienawiść, o której meldują dowódcy polskich oddziałów leśnych. Nienawiść do rabujących ich bandytów – w oczach chłopów – najgorszych. Bo takich, co skazują na powolną śmierć.
Czy było to odosobnione? Tylko polskie? Nie, podobna tradycja tkwi do dzisiaj w Ameryce, zwłaszcza na Zachodzie, gdzie kradzież konia była karana natychmiastowym linczem. W Teksasie nazwanie kogoś koniokradem do dziś uchodzi za najgorszą obelgę. Nie ma nic podlejszego, bardziej godnego pogardy.
Jestem zdania, że wielu z partyzantów do dzisiaj jest święcie przekonanych, że owa wrogość to był po prostu – zwyczajny „polski zwierzęcy antysemityzm”. Oczywiście jest to najwygodniejsze tłumaczenie, bo antysemityzm jest jednym z najpożyteczniejszych wynalazków, na jakie wpadli Żydzi-syjoniści. Czy jest to jednak wyjaśnienie prawdziwe? Nie!!!

Ale komu chciałoby się nad tym zastanawiać. Ciekawe jest dla mnie, i zarazem przykre, że nigdzie nie natrafiłem nawet na próby wyjaśnienia, czy próby zrozumienia zachowań ludności chłopskiej przez historyków żydowskich. Jest to zapewne wynikiem odmienności kulturowej (uwaga red.: Redakcja jest podobnego zdania, aczkolwiek wyjaśnień szukałaby w zwojach Talmudu, szczególnie tych traktujących o czynach dopuszczalnych wobec goim.). Być może zupełnie uczciwie nikt z nich o tym nie pomyślał. A jest to tak ważna sprawa. Nie wolno było o niej zapominać. Gdyby Żydzi potrafili czasami posłuchać, wielu nieszczęść mogli by uniknąć. Jednakże ich wiara w Antysemityzm przysłania im w wielu przypadkach zdolność jasnego myślenia i zdrowej, bezstronnej oceny oczywistych faktów.

Drugim, równie ważnym powodem niechęci ludności do żydowskiej partyzantki było zachowanie jej członków. Ludność wiejska na całym świecie jest bardziej konserwatywna, zachowawcza, o wiele bardziej religijna. Wielu powie „zacofana”… Może i tak. Zależy jak na to zacofanie patrzeć. W Polsce, w czasie wojny było to jednym z głównych powodów, dla których ani partyzantka żydowska, ani sowiecka nie miały oparcia w ludności cywilnej. Większość partyzantów żydowskich stanowili ludzie z miast, którzy już tylko przez sam fakt pochodzenia z miasta reprezentowali zupełnie odmienny typ kultury i obyczajowości. W przypadku Żydów było to spotęgowane całkowicie obcym i odmiennym typem kultury, językiem, religią. Zderzenie tych dwóch, tak odmiennych typów cywilizacyjno-kulturowych w tak ekstremalnie ciężkich warunkach nie było łatwym do strawienia ani dla jednych, ani dla drugich.

Patrz Josph Kermish „Postscript to Ringelblum”, str. 290:

Nastawienie do uzbrojonych Żydów jest tak wrogie, że w warunkach walki podziemnej nie jesteśmy w stanie przyjąć odpowiedzialności za ich bezpieczeństwo. Wielką rolę odgrywa tu wrogość, spowodowana postawą Żydów do nas pod okupacją sowiecką i obecne postępowanie band żydowskich, nękających ludność swą brutalnością i rabunkami.

W wielu przypadkach Żydzi tworzyli zwykłe zdemoralizowane bandy kryminalne, które nigdy nie zasługiwały na miano partyzantów, mimo że mienili się nimi od początku do dnia dzisiejszego. Bandy takie istniały obok tysięcy takich samych kryminalnych band polskich, jak i mieszanych. Ich członkowie od początku wojny liczyli tylko na siebie, swoje kontakty i meliny. Znali siłę pieniądza, mieli swe kontakty z półświatkiem i jednakowo unikali jakiejkolwiek zwierzchności – zarówno Niemców jak i Polaków, a już szczególnie Żydów zapełniających Judenraty. Wiedzieli oni od początku, że nic dobrego nie może ich spotkać z ich strony, toteż od pierwszych dni nie podporządkowali się ich jurysdykcji, spisom etc., pozostali i działali luzem, w zawieszeniu, poza prawem, poza układem. Prawem byli sami dla siebie, sami je sobie stanowili, sami wymierzali; gorzej, że od pewnego momentu chcieli i próbowali rozciągać je na innych. Ich cel był taki sam jak i pozostałych – przeżyć – za wszelką cenę przeżyć, z drobną małą różnicą: oni chcieli przeżyć w miarę wygodnie i dostatnio, a nawet dorobić się! – dlaczego nie?… I nie widzieli w tym nic złego, a że odbywało się to kosztem innych? No to co z tego?! Mieli do tego prawo! A kto myśli inaczej, znaczy że wyssał z  mlekiem matki i  jest zoologicznym No właśnie.

Patrz Ludwik Landau „Kronika lat wojny i okupacji” (Warszawa, PWN, 1962, t. II, str. 223):

Działające w wielu okolicach bandy żydowskie spotykają się często z zarzutami mordowania i grabienia miejscowej ludności.

Byli oni dobrze uzbrojeni i zaopatrzeni w różnego rodzaju towary, które rabowali, kupowali w gettach, a którymi handlowali – jeśli nie mogli rabować. Nie należały takowe grupy do rzadkości, a raczej stanowiły znakomitą większość partyzantów. Gros takowych bojowców wywodził się z marginesu społecznego, z elementu przestępczego, który zawsze sam sobie radził najlepiej i nie dbał i nie oglądał się na żadne przywództwo polityczne. Jakakolwiek zwierzchność była dla nich tylko i wyłącznie przeszkodą. Bezprawie i okupacyjny chaos były dla ich przedsiębiorczości idealnym środowiskiem naturalnym. Idealnymi warunkami do działania.

„Oni nie cierpieli biedy, mieli dość zasobów, aby zacząć nimi handlować od zaraz… chełpili się, że przynieśli dość rupieci, za które stać ich na branie sobie do łóżka sziks…
„…biło od nich chamstwo, grubiaństwo i chuligaństwo… i choć niewątpliwie byli gotowi oddać życie w obronie Żydów, to jednak nic nie przeszkadzało im zatrzymać wóz pełen Żydów i obrabować ich od stóp do głów”.

Odnoszenie się w podobny sposób do ludności polskiej, nachalne napastowanie dziewcząt i kobiet, gwałty i akty samowoli powodowały, że ludność polska po prostu traktowała ich tak, jak na to zasługiwali, zwracając się niejednokrotnie z prośbą do oddziałów polskich, jak i zresztą rosyjskich o poskromienie najbardziej rozwydrzonych. I takie akcje karne miały miejsce. Zapadały wyroki. Ginęli bandyci, zdemoralizowani złodzieje i gwałciciele – zarówno Żydzi jak Polacy, jak Rosjanie, Białorusini i Litwini – i to jednako z rąk Polaków i Rosjan, wśród których było wielu dowódców Żydów. Podobnie historycy polscy i rosyjscy wiedzą o tym zjawisku i odnotowują je jako fakt likwidacji groźnego wojennego bandytyzmu. Cóż, obok bohaterów każdy naród ma swoich nędzników.
To znaczy nie każdy… Dziś oczywiście wszystkie bez wyjątku działania policyjno – porządkowe regularnych oddziałów zbrojnych, zarówno polskich jak i sowieckich przypisywane są… tylko Armii Krajowej, a jej akcje karne przedstawia się jako… akty dzikiego antysemityzmu Polaków – nie karzących bandytów, lecz… mordujących biednych ocalonych z Holokaustu.

Najlepszym przykładem niech będzie opowiedziana mi historia… Pewien były partyzant – dziś elegancki, starszy, mieszkający w USA pan z tytułami naukowymi – wspominając stare dzieje, zapytany o istnienie antysemityzmu mówi po zastanowieniu, że chyba istniał i owszem… Bo – powiada – „…myśmy za was (Polaków niby) walczyli, a wasze kobiety nawet nam p… nie chciały dać”. Patrzcie państwo, to dopiero oburzające, to oni za ich chłopów walczyli!!! A one… co za szelmy antysemickie!!! Ano – nie chciały i nie dawały, ale nie dlatego, że były zoologicznymi antysemitkamione po prostu były uczciwymi kobietami.

Taka prosta prawda. Ale proste prawdy najtrudniej zrozumieć, lepiej zwalić wszystko na garb polskiego, wyssanego z  mlekiem matek antysemityzmu.

Samo przeżycie w lesie sprawia dość dużo kłopotów. Zwłaszcza jeżeli otoczonym się jest przez inne aktywne grupy partyzanckie i to zarówno sowieckie jak i polskie, których jedynym zadaniem jest walka. I chociaż Żydzi odnosili się z większą ufnością do komunistów, ucierpieli i od nich, a w zasadzie od nich najwięcej, gdyż na terenach wschodnich polskie grupy partyzanckie pojawiły się dopiero na jesieni 1943 roku.

Dowódcy partyzantów sowieckich widząc, że Żydzi nie palą się do walki, a broni używają do rozbojów powodując wrogość ludności do wszystkich grup partyzanckich, odbierali im broń mówiąc, że ją marnują. Ci, pozbawieni broni, nie mogli dokonywać rekwizycji, bo chłopi rozprawiali się z nimi natychmiast po swojemu, co do dzisiaj… przypisywane jest polskim partyzantom. Wydaje mi się, że dlatego, że taka wersja brzmi lepiej i lepiej się jej słucha. Łatwiej opowiada się o znoszeniu bicia z rąk partyzantów – było nie było uzbrojonych i zorganizowanych, ponadto działających na wyraźny rozkaz nieprzychylnych, faszystowskich władz zwierzchnich, przepełnionych na dodatek antysemityzmem – niźli od zwykłych chłopów, którzy po prostu nie dawali się rabować, a broń też potrafili znaleźć, a i nawet bez broni potrafili nieźle przyłożyć i porachować zęby.
Nie pierwszy i nie ostatni raz Dichtung und Wahrheit zaciemnia prawdziwy obraz przeszłości – oddając jednak cały czas nieocenione usługi propagandowe.

Pewne, dodatkowe światło na działalność grup przestępczych rzucają raporty okupacyjnych władz niemieckich. W drugiej połowie 1942 roku naliczono 310 aktów sabotażu, dokonanych przez zorganizowane grupy bojowe, a aktów bandytyzmu (po niemiecku Raubeubeffalle), dokonanych przez różnego rodzaju dzikie grupy pretendujące do miana partyzantów, zarejestrowano 6925.
W pierwszej połowie 1943 roku, kiedy AK zaktywizowała działalność, podobnie jak AL i GL, liczba prawdziwych partyzanckich akcji wzrosła do 2635, natomiast aktów bandytyzmu do 16 390, z czego 20% można zaliczyć do działalności czysto bandyckiej; reszta była dziełem dzikich grup żydowskich i sowieckich.

Powstawały one z ludzi, którzy byli zbiegami z obozów jenieckich, obozów pracy, gett, więzień etc. Ich los nie był do pozazdroszczenia, a ich chęć przeżycia była przyjmowana ze zrozumieniem i sympatią, przynajmniej na początku. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy ludność stała się obiektem ich brutalności. Kiedy przeobrazili się w zwykłą plagę – rabującą, gwałcącą, mordującą i kradnącą. Nie chcieli pracować, pomagać rolniczej ludności, która była największą ofiarą wojny. Uważali, że etykietka partyzanta upoważnia do życia na rachunek ludności, a broń jest tego legitymacją.
Wielu z tych partyzantów po wojnie za swe „zasługi” zostało skierowanych do pracy w Urzędach Bezpieczeństwa. Jak potrafili oni wykorzystać swe doświadczenia z partyzantki dobrze wiedzą członkowie AK – bo to właśnie przeciwko nim skierowana była głównie ich nienawiść. Nienawidzili ich za wiele różnych spraw. W zasadzie za wszystkie swoje niepowodzenia. Ale głównym powodem było to, że AK-owcy byli niestety świadkami ich wątpliwego bohaterstwa. Byli oni tymi świadkami, którzy dokładnie wiedzieli, jaka jest prawda, co jest prawdą, a co jest Dichtung und Wahrheit (uwaga red.: R. Kafel wyjaśnia to sformułowanie następująco: ‚Dichtung und Wahrheit – „część prawdy, część natchnienia poetyckiego”, których procent zawartości zmieniał się w zależności od „wymagań chwili”‚ – w skrócie – łgarstwo z [niewielką] domieszką prawdy.). Dlatego mordowali ich gdzie tylko i jak tylko mogli.

Idealistyczne wyobrażenia, szalone sny, wielkie puste słowa, kryjące gnuśność i zwykły ludzki strach, a przede wszystkim szalone ambicje i nadzieje na odegranie wielkiej roli w wolnym wymarzonym Izraelu. Mieszanie fikcji z rzeczywistością. I absolutne, całkowite i konsekwentne – i, co najgorsze, w pełni świadome – rozmijanie się z prawdą. Pogarda dla prawdy, zastąpienie jej, w zależności od potrzeby chwili, totalnym politycznym i życiowym relatywizmem. I dzika nienawiść do wszystkiego, co nie chciało się im podporządkować i ich celom służyć dokładnie tak, jak to sobie wyobrażali.

(…)

Źródło: Roman Kafel, Spotwarzona przeszłość, czyli o żydowskich zbrodniarzach wojennych,
fragment rozdziału „Partyzantka żydowska”, komentarze i wyróżnienia tekstu: redakcja PMN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *