Podstęp

W maju 1943 r. banda bulbowców z Wołczaka koło Dominopola, pow. Włodzimierz Wołyński użyła podstępu, udając się do polskich wsi i osiedli: Turia, Marszałkówka, Mikołajówka, Swojczów i innych, nawołując do wstę­powania do organizującej się rzekomo polskiej partyzantki i twierdząc, że zostało zawarte porozumienie polsko-ukraińskie dla wspólnej walki przeciw­ko Niemcom. Warunkiem przyjęcia było posiadanie własnej broni palnej lub granatów w większej ilości. W ten sposób zwerbowano do dziewięćdziesię­ciu młodych chłopców w wieku 15-20 lat.

Jako symbol pojednania i przymierza została niby ustalona odznaka na czapce w kształcie koła przedzielonego po połowie barwami narodowymi Polski i Ukrainy (jedna połowa biało-czerwona, druga niebiesko-żółta) wiel­kości dużego guzika. Nad tą odznaką Ukraińcy mieli jakoby umieszczony tryzub, a Polacy orzełka. Pierwsi zwerbowani w ten sposób polscy party­zanci wysyłani byli do polskich wsi i osiedli w celu zwerbowania nowych ochotników z bronią oraz dla zbierania dobrowolnych datków w postaci żywności z przeznaczeniem dla polskich partyzantów. Ja osobiście w ciągu miesiąca spotkałem się trzy razy z tymi „partyzantami” – dwa razy w Turii i raz w Swojczówce – gdzie przebywałem w niedzielę u mego stryja Bronis­ława Leśkiewicza. Wśród przybyłych tam partyzantów byli osobiście mi znani koledzy: Henryk Brzózka, Grzegorz Błędowski z Mikołajówki, Stanis­ław Lachowski z Czernówki i Buczek (imienia nie pamiętam) z Jasionówki. Z ich relacji dowiedzieliśmy się, że są zakwaterowani w stodołach w Dominopolu, wartę zaś w nocy pełnią tylko Ukraińcy. Posiadaną broń, nawet nie­kompletną na noc zdają do magazynu pilnowanego wyłącznie przez bul­bowców. Razem ze stryjem wysunęliśmy propozycję, aby porozmawiać z innymi partyzantami Polakami i dyskretnie namówić ich do dezercji do domów lub do Włodzimierza, bo to wyglądało na „śmierdzącą” i bardzo po­dejrzaną sprawę. Grzegorz Błędowski, najstarszy wiekiem z tej grupy, bar­dzo się uniósł i powiedział, że jeżeli jeszcze ktokolwiek przedstawi podobną propozycję, to on osobiście zamelduje o tym w sztabie, a my będziemy mieli wielkie nieprzyjemności. Jak go bowiem poinformowano w sztabie, wkrótce z Kowla mają przybyć polscy oficerowie, którzy będą ich szkolić. Sprawę za­łagodziła butelka bimbru i po wymianie zdań „partyzanci” odeszli, uważając zachętę do dezercji za niebyłą.

W lipcu lub sierpniu 1943 r. spotkałem byłego partyzanta z Dominopola Stanisława Lachowskiego we Włodzimierzu, który usłuchał przestrogi i zdezerterował. Banderowcy widząc, że oddział „polskiej partyzantki” od jakiegoś czasu nie powiększa się, a raczej szczupleje, wydali wyrok skazujący na Polaków w Dominopolu. W końcu czerwca lub na początku lipca banderowcy zorganizowali nad ranem, przed wschodem słońca, masowy mord ludności polskiej, która liczyła około 60 rodzin, w sumie ok. 400 osób. Wymordowano też cały oddział „partyzantki polskiej” w Dominopolu, a wśród nich zginęli osobiście mi znani koledzy: Henryk Brzózka, Jan Sobiepan, Grzegorz Błędowski i Józef Falkiewicz – obaj z Mikołajówki, Stanisław Gałczyński z Ossy i wszyscy pozostali w liczbie około dziewięćdziesięciu. „Partyzanci” rekrutowali się ze wsi: Ossa, Budki Ossowskie, Kisielówka, Jasio­nówka, Czernówka, Mikołajówka, Kcwafówka, Leżachów, Swojczów, Swojczówka i wielu innych. Świadkiem tego mordu był Bronisław Kraszewski, w owym czasie mieszkaniec Dominopola, który wracał do domu po dwu­dniowej nieobecności ze wsi Wandywota, od Linkiewicza. Oto jego relacja:

Wczesnym rankiem, przed wschodem słońca, dochodząc do Dominopo­la, chciałem przebyć rzekę w bród, bo na moście stała warta banderowska, z którą me miałem ochoty się spotkać, gdy usłyszałem przeraźliwe krzyki i pojedyncze wystrzały. Przeczuwając zło, ukryłem się w krzakach nad rzeką Turią i widziałem jak banderowcy otoczyli widoczne w poświacie brzasku domy zamieszkałe przez Polaków. Niektórzy wśród brzęku tłuczonych szyb wskakiwali przez okna do mieszkań. Z tych domów dochodziły odgłosy ude­rzeń i mrożący krew w żyłach krzyk mordowanych. Czasem było słychać de­tonację granatu. Nie wszyscy jednak spędzali noce w domach mieszkal­nych, bowiem niektórzy spali w stodołach, na strychach obór itp. i ci mieli szansę na nieco dłuższe życie. Mimo gęstej obstawy, nielicznym Polakom udało się cudem wymknąć z rąk bandyckich i ukryć się w pobliskich zaroś­lach, ogrodach i kurnikach.

Oprawcy po spenetrowaniu domów przystąpili do przeszukiwań pozosta­łych zabudowań gospodarczych i ogrodów, skąd z okrzykami tryumfu wy­ciągali ukrytych i bezlitośnie mordowali, najczęściej siekierami lub innymi podobnymi narzędziami. Zdawać by się mogło, źe „szczęśliwcy”, którzy nie­zauważeni zdołali odbiec dalej od zabudowali i ukryć się, po przebyciu łąki w nadbrzeżnych krzakach, mieli szansę na uratowanie życia. Okazało się niestety, że nie na długo. Wschodzące na bezchmurnym niebie słońce oświetliło blaskiem miejsce kaźni, a w jego promieniach widoczne były jak na dłoni smugi rosy, strząśniętej z trawy przez osoby szukające schronienia, pędzone panicznym, obłędnym strachem. Bezlitośni bandyci szybko do­strzegali te ścieżki i jak sprawni myśliwi po świeżych tropach dopadali na koniach swoje ofiary i żądni mordu, z łapami umazanymi po łokcie we krwi, z ochrypłym okrzykiem: „Lachy tut!” mordowali dzieci i kobiety, nie oszczędzając nikogo.

„Polskim partyzantom” wyjątkowo, co pewien okres czasu, wydawano przepustki do domów, w celu zmiany bielizny. Dzień wcześniej przed po­gromem w Dominopolu taką przepustkę otrzymał Nieczyporowski – imienia nie pamiętam. Spóźniony, nic nie wiedząc o mordzie, wracał do oddziału w Dominopolu, odwożony przez młodszego brata. Obaj zostali zatrzymani przez wartę banderowską na moście przez rzekę Turię. Wartownicy wypro­wadzili ich nad brzeg rzeki i kazali rozbierać się. W tej sytuacji Nieczyporowski, wykorzystując nieuwagę oprawców, którzy siłą zdzierali ubranie z młodszego brata, rzucił się do rzeki. Udało mu się zbiec, mimo wystrzałów z karabinu posyłanych w jego kierunku, dopadł łoziny i znikł z oczu swoim prześladowcom. Pod osłoną nocy bezdrożami dotarł do Włodzimierza. Młodszy brat na wieki pozostał nad brzegami rzeki Turii.

Tego dnia wyszedłem pieszo z Włodzimierza na rozpoznanie do wsi Tu­rii. Aby ominąć warty ukraińskie, stojące na głównym trakcie Marcelówka – Mogilno, udałem się okrężną drogą przez Ludmirpol, Gnojno i groblę do Turii. W Gnojnie spotkałem przypadkowo mojego ojca, który w grupie kilku znajomych mu Ukraińców wyznania ewangelickiego żywo dyskutował i wraz z wszystkimi wpatrywał się w widoczne na horyzoncie ogromne obłoki czar­nego dymu. Nadjeżdżający wozem wyładowanym sianem mieszkaniec Gnojna, zapytany o przyczynę gęstego, czarnego dymu, unoszącego się ponad konturem lasu, odległego o ponad 10 km, odpowiedział : „każut szczo Ni mci napały noczju na Dominopol, mnoho ludej wystrelaiy, a seło pidpałyły i ono horyt do siej pory”. To wyjaśnienie zasługiwało na wiarę i uspokoiło dyskutantów, którzy rozeszli się do domów, a my z ojcem bez przeszkód dotarliśmy do Turii. Nikt wówczas nie przypuszczał, że to bandyci spod znaku tryzuba, po krwawej masakrze ludności polskiej w Domrnopolu i zagładzie partyzantów, podpalili owe zabudowania i winą za to obarczyli Niemców.

Mieczysław Leśkiewicz

Stanisław Biskupski „Świadkowie mówią”, Warszawa, 1996

Jedna myśl na temat “Podstęp

  • 30 lipca 2019 o 07:08
    Permalink

    mam to w dupie czy moj adres bedzie opublkowany,Juz dluzej nie moge zniesc tego klamstwa.Dlaczego inni ludzie nie chca poznac prawdy?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *