Moje tragedie. Tadeusz Kotarski

Wypełniam swój obowiązek, aby z trudem opisać to co widziałem i zapamiętałem.

Przed 1939 rokiem w okresie okupacji mieszkałem w parafii kowelskiej na Wołyniu, a do szkoły siedmioklasowej chodziłem w kol. Rużyn. Od 1941 do 1944 r. uczyłem się na tajnych kompletach i pracowałem dla zmyłki w warsztatach samochodowych F. Mroza w Kowlu. W tym czasie aż do wstąpienia do 27 DP AK wykonywałem szereg prac konspiracyjnych.

Jeszcze na przełomie lat 1942/43 święta Bożego Narodzenia obchodzi­liśmy wspólnie z Ukraińcami w sąsiedzkiej, życzliwej atmosferze tak, jak przed wybuchem wojny, niepomni zdrady, jaka w 1939 r. była udziałem większości Ukraińców i Żydów. Nie przenosiliśmy urazy na ogół Ukraińców za zmuszanie nas do wyłącznego mówienia po ukraińsku w urzędach. Przed wojną wychowano nas w atmosferze tolerancji i poszanowania kultury rus­kiej jak i wiary prawosławnej. Uczono nas, że należy odpowiadać po ukraiń­sku w przypadku, gdy pytający nie znal języka polskiego, lub nie chciał na­szego języka używać. Dlatego też, co najmniej tylu Polaków władało języ­kiem ukraińskim, co młodych Ukraińców językiem polskim. W kowelskich zakładach pracy nie było wrogości między młodzieżą polską i ukraińską.

W latach międzywojennych w kol. Rużyn (oddalonej 15 km od Kowla) wybudowano za milion złotych duży, wspaniały gmach szkoły powszechnej i Uniwersytetu Ludowego. Szkoła położona była centralnie w stosunku do okolicznych wsi prawosławnych. Do wybuchu II Wojny Światowej zdecydo­wana większość młodzieży ukraińskiej bez żadnej dyskryminacji kształciła się w obydwóch placówkach oświatowych. Dla nas, Polaków, dyskrymina­cja taka rozpoczęła się w październiku 1939 r. W początkach okupacji so­wieckiej młodzież polska miała jeszcze życzliwych kolegów i przyjaciół wśród młodzieży ukraińskiej. Ich ojcowie bez żadnych przeszkód przed woj­ną wchodzili w posiadanie gospodarstw rolnych, należących uprzednio do Polaków, drogą kupna lub dziedziczenia (w przypadku małżeństw miesza­nych).

Mordowanie Polaków przez UPA rozpoczęło się latem 1943 roku, a nasi­lenie mordów osiągnęło swój szczyt jesienią tego roku. Pierwsza tragedia miała miejsce 10 lipca 1943 r. Był to dokonany straszny mord na wysłanych przez Okręgowego Delegata Rządu Kazimierza Banacha na drugie pokojo­we rozmowy pojednawcze z UPA delegatach: Zygmuncie Rumlu, Krzyszto­fie Mazurkiewiczu i Witoldzie Dobrowolskim.

Druga tragedia nastąpiła 27 sierpnia 1943 r. w Rużynie. Tego dnia na oczach mieszkańców kolonii i wsi Rużyn porwano podstępnie ośmiu mło­dych Polaków z kol. Rużyn i kol. Truskoty. Bezbronnych mieszkańców obu kolonii ujęto i powiązano drutem kolczastym. Młoda, wzorowa nauczycielka dwóch narodów Aleksandra Magier błagała oprawców o litość nad bez­prawnie pojmanymi i na jej oczach katowanymi, lecz została brutalnie odpę­dzona od jednej z wielu furmanek i zepchnięta uderzeniami kolb karabinów do przydrożnego rowu, mimo jej zaawansowanego i widocznego stanu od­miennego. Mimo tego brutalnego odsunięcia od furmanki, na której był związany kolczastym drutem również i jej mąż, nie poprzestała na tym, wsiadła na furmankę i wraz z jej znajomym furmanem popędzili konie za unoszącym się wciąż jeszcze w ślad za porwanymi i porywaczami tumanem kurzu w kierunku tasu Świniarzyńskiego. Pytani w drodze mieszkańcy wsi, również i Ukraińcy, wskazywali kierunek, w którym wieziono uprowadzo­nych. O zupełnym zmroku kierunek pościgu został utracony. Na konieczny już popas koni zatrzymała się w gospodarstwie ukraińskim. Tu ścigającym udzielono pomocy, błagając przy tym panią Olę, żeby zaniechała dalszej jazdy, gdyż nic, jak ją przekonywano, nie pomoże porwanym, natomiast za­szkodzi życiu nie narodzonego dziecka. Tymczasem ojciec trzech porwa­nych synów, Piotr Magier, działał na swoją rękę. W znany sobie sposób przekupił cywilnego propagandzistę UPA, a naszego sąsiada Mitkę Jufimczuka, który nie zwlekając, siadł na mój rower i pojechał w kierunku Świniarzyna do swojego szwagra, ponoć bardzo ważnego w sztabie UPA, miesz­kańca Stawek k. Turzyska, o bardzo polskim nazwisku Lechowski lub Las­kowski. Pan Mitka – nasz sołtys przez całą niemiecką okupację – przez ty­dzień nie wracał, żona zaś jego w tym czasie robiła Piotrowi Magierowi his­teryczną awanturę, oskarżając go o to, że wykorzystuje jej męża i brata, dla ratowania życia swoich trzech synów. Po powrocie sołtys Mitka dopiero po dłuższym czasie zdecydował się zdać sprawozdanie ze swojej misji. Oświadczył, że zanim szwagier wrócił do sztabu, on sam przesiedział o gło­dzie w bunkrze jako jeden z wielu. Szwagier był bardzo niezadowolony, ze propagandzista UPA podejmuje się misji ratowania polskiej rodziny Magie­ra. Nie obeszło się również bez solidnego obicia za działania na własną rę­kę. Byliśmy więc pewni, że swoje życie musiał wykupić u szwagra obietnicą poważnej przysługi w tępieniu Polaków. Żołnierze z baonu „Sokoła” stwier­dzają, że w rejonie Świntarzyna przy wiatraku koło Daźwy odkopano za­maskowaną mogiłę, w której m.in. były zwłoki ośmiu z Rużyna, powiązane nadal drutem kolczastym. Rozpoznano je po resztkach odzieży.

Obie te krwawe, straszne tragedie, a także postawa K. Banacha były głównym powodem, że nie powstał na naszym terenie oddział por. „Kani”, Stanisława Kądzielawy. Zadanie takie wykonał dopiero w pierwszych dniach września 1943 r. „Groński” Tadeusz Korona, który w niezwykle krótkim cza­sie zorganizował w kol. Rużyn silny, duży oddział Samoobrony AK. Wów­czas to nasi dotychczasowi rzekomi przyjaciele ukraińscy, zamieszkujący po sąsiedzku na wykupionym w ostatnim dziesięcioleciu przed II wojną od Polaka gospodarstwie, zaczęli nerwowo współdziałać z Gebitskomisarzem w Kowlu, w celu zniszczenia Samoobrony w dniu 19 IX 1943 r. Udowodnio­ne drugie wrogie, zdradzieckie działanie sołtysa kol. Rużyn Zachara Poleszuka i jego syna Antona spowodowało wydanie prawomocnego wyroku śmierci na obu przez sąd Polski Podziemnej. Wyrok został wykonany w pierwszej połowie października 1943 r.

Nazajutrz po wykonaniu wyroku na obu Poleszukach do południowej części kol. Truskoty wtargnęła w rozwinięciu bojowym sotnia UPA, przybyła w przeważającej części z odległych galicyjskich terenów. Zaskoczeni w środku dnia mieszkańcy ratowali się ucieczką w stronę torów kolejowych na południowy wschód, to jest w stronę niemieckiego posterunku ochrony mostu. W rozmowie ze Stanisławem Leśnickim, przyjacielem z tamtych czasów, zgodnie stwierdzamy, że kierunek ucieczki intuicyjnie wybraliśmy dobrze, gdyż dla atakujących upowców stał się nieprzewidzianym zaskocze­niem. W powstałej sytuacji nie mogli strzelać w kierunku strzeżonego przez Niemców obiektu i obok kilku ukraińskich mieszkańców kolonii. Zastrzelono wówczas bez uciekania się do wymyślnych tortur dwóch Polaków, którzy nie opuścili swych zagród: Adolfa Musiołka lat 24 oraz Maksymiliana Krup­kę. Ze strony UPA zginął jeden „striłec”, mieszkaniec odległych Parydub. Nasza pięcioosobowa samoobrona przez przypadek rozpoczęła ogień z miejsca bardzo niedogodnego dla atakujących upowoów, ponieważ ich ogień w kierunku polskich obrońców przerzuciłby się i skierowany byłby również zarówno na Niemców przy moście jak i na ukraińskich kolonistów. Obeszło się również bez spalenia 15 polskich gospodarstw, chyba dzięki temu, że reakcja samoobrony okazała się wielkim zaskoczeniem dla sotni UPA, która nie mogła prowokować walki ze swoimi opiekunami, jakimi byli hitlerowscy faszyści niemieccy. Ta sama jednak sotnia UPA spaliła wieczo­rem tę wspaniałą szkołę-uniwersytet w kol. Rużyn. Był i jest ten „wyczyn” dla nas zupełnie nie zrozumiały, gdyż ten obiekt był wybudowany raczej dla ukraińskiego narodu i służyłby im przez wiele lat. Tego wieczoru, gdy płonął pięknie na wzgórzu wkomponowany w krajobraz budynek szkoły, jeden z naszych Polaków samowolnie, bez poinformowania kolegów o swoim za­miarze, zastrzelił dwie swoje sąsiadki Hankę i Sońkę, których ojciec Onufry tuż przed wojną wykupił gospodarstwo od Polaka Sylwestra Minkiny. Ten czyn, będący dla nas trzecią wielką tragedią został też powszechnie potę­piony przez społeczeństwo polskie. Nie uznano usprawiedliwienia tego fak­tem,  że obie te kobiety nie ostrzegły swoich sąsiadów o zbliżającym się na­padzie Ukraińców, a raczej z radością wyglądały, kiedy nadchodzący w rozwinięciu bojowym upowcy będą nas mordować. Obie też wraz ze swo­im bratem Jakubem ochoczo wyzbyły się obywatelstwa polskiego już w pierwszych dniach września 1939 r. Ślad po sprawcy tego odosobnionego aktu zemsty oraz po jego dość licznej rodzinie zaginął od września 1944 r. Być może sam ocenił właściwie niegodny Polaka ów czyn.

Trzecią tragedię przeżyłem 11 listopada 1943 roku w kol. Ruzyn i kol. Truskoty. W drugi dzień trwającej bitwy, w czasie wycofywania się z kof. Truskoty serdeczny kolega, pełny od dzieciństwa sierota Stefan Skowron lat 18 został ciężko ranny w nogę i prosił o pozostawienie go na polu naszego sąsiada Gnata Jukimczuka, ojca Mitki, opisanego wyżej sołtysa naszej kolo­nii. Po zakończonej i przegranej drugiego dnia bitwie Stach Szymczak po­szedł po Stefka. Niestety, ranny został już zamordowany, miat rozpruty brzuch, wyciągnięte wnętrzności i wykłute oczy, ponadto był bez butów, któ­re brat Zygmunt rozpoznał w 1944 r. u Ukraińca Lońki Oksiutycza, miesz­kańca wsi Lubliniec.

Czwartą tragedią było dla mnie śmierć Ukraińca Iwana Oksiutycza i jego syna Siergieja jesienią 1943 r. Iwan, starszy wiekiem człowiek, od lat żył w zgodzie z sąsiadami Polakami i miał odwagę nie wspierać faszystów spod znaku „tryzuba”. Zamordowany został we wsi Klewieck przy udziale swego bratanka Lońki, który dla rodzonego stryja (diedka) wybrał śmierć przez cięcie żywego piłą. Starszego syna Iwana spotkała lżejsza śmierć, przez zastrzelenie.

W tym czasie moi rodzice mieszkali u dziadka Michała we wsi Lubliniec. Sąsiedzi Ukraińcy prosili ojca i mamę, żeby uciekali do swoich braci miesz­kających przy koszarach w Kowlu, gdyż nie chcą być odpowiedzialni za ich śmierć.

Piątą tragedią była dla mnie śmierć rodziny Konopackich. W 1943 roku sąsiedzi ze wsi Lubliniec namawiali „panów Konopackich”, licho gospodaru­jących na resztówce dworu, na ucieczkę do Kowla, uzasadniając to podob­nie jak moim rodzicom. Matka i syn Ludwik zamieszkali już w Kowlu, a troje pozostałych: Zygmunt, Lalka i Władzia zostało zamordowanych i spalonych w domu przez mieszkańców sąsiedniej wsi Dołhonosy. Brat Ludwik pozbie­rał szczątki spalonych lub nadpalonych ciał i pochował na cmentarzu w Kowlu.

Szóstą tragedię przeżyłem w maju 1944 r. Późną jesienią 1943 r. uzbro­jona grupa wiernych przyjaciół niemieckich faszystów, podająca się przed wojną za Polaków (może i teraz też), postanowiła dokonać rabunku u raczej biednego Ukraińca Kordoby, mieszkającego po sąsiedzku z moimi stryjami Józefem i Władysławem. Obaj byli oddanymi działaczami konspiracji AK. W tym czasie w mieszkaniu Kordoby był również mój wujek Stanisław Leś­nicki, także pewny pracownik konspiracji oraz sąsiad Józef Sikora. Wszyscy czterej byli uzbrojeni w broń krótką, nie zwlekając więc bez strzelaniny ujęli napastników i po przetrzymaniu w lochu, oddali pod sąd polewy Polski Po­dziemnej.

Chciałbym przy okazji w sposób pozytywny wspomnieć o kilku kowelskich volksdeutschach, którzy uważali za swój obowiązek przez całą wojnę pozostać mimo wszystko obywatelami Polski. Takim był np. sąsiad mojego mieszkania konspiracyjnego w Kowlu „Paul”, zamordowany przez Gestapo w 1944 r.

Walkę do której nie byliśmy przygotowani przegraliśmy, tak jak to UPA założyło, gdybyśmy stosowali w walce brutalność, mordy i wyrzynanie ludności ukraińskiej, tak wielu szlachetnych, prawych obywateli również swojej ziemi. Przenosząc z pamięci na papier zapisy przeznaczone dla po­tomnych po obu stronach, pragnę im życzyć, by mogli i umieli żyć bez mor­dowania, zabijania sąsiadów na tej wspólnej, urodzajnej ziemi, którą nasi i ich praojcowie zdobyli ciężką mozolną katorżniczą niemal pracą a nie mieczem, zdradą czy też ukazem carskim.

Stanisław Biskupski „Świadkowie mówią”, Warszawa, 1996

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *